15 lis 2008

Wodospady, ryokan i zamek siogunów

Ostanio żyłam tak intensywnie, że aż chyba będę musiała zamieścić moje wrażenia w odcinkach. Będzie dużo zdjęć.
2 XI wybraliśmy się na wycieczkę po wodospadach Akame. Jest to przepiękny park przyrody, w którym żyją gigantyczne salamandry japońskie. Miałam przyjemność (?) zobaczyć kilka z nich w akwariach i są dosyć przerażające. Salamandra jest niejako symbolem tego parku, w związku z czym przy wejściu możemy się natknąć na salamandrową fontannę.




Jeden z piękniejszych wodospadów w Akame.


No i gratka dla wielbicieli mego czaru, oto są moje zdjęcia (oraz Milicy i Toyi).




W dniach 7-8 XI odbyliśmy wycieczkę do Shizuoki. Nocowaliśmy w ryokanie, czyli hotelu w stylu japońskim: futony (kołderki pod spodem i na wierzchu) zamiast łóżek, podłoga wyłożona matami, yukaty (ubranie przypominające kimono, lecz przeznaczone na lato) do spania i chodzenia po hotelu, jedzenie japońskie. No i oczywiście karaoke…

Nasz pokój. Na wieczór przesuwało się stolik i rozkładało futony.






Karaoke.



Chłopaki też dawali czadu.



A także pan Fujimori (opiekun studentów zagranicznych) z Yangiem. W Japonii ludzie nie wstydzą się śpiewać.


Pełni życia, pomimo krótkiego snu: oto my na pierwszym postoju nad jeziorem Hamana.
Odwiedziliśmy także zamek Tokugawów, który może się poszczycić przepięknym ogrodem, przy czym sam również jest wcale urodziwy.








W pięknym ogrodzie nie może zabraknąć długich na łokieć, spasionych, kolorowych karpi. Co ciekawe, Japończycy nie jadają karpi, nawet tych niekolorowych.



Bawiliśmy się tam bardzo dobrze.


Oto makieta zamku. Myślę, że był niezwykle imponujący.
I to koniec na dzisiaj, ciąg dalszy nastąpi…

3 lis 2008

Wielki Festyn

Wielu z Was zastanawiało się pewnie, jak też wygląda moja urocza tutorka, więc oto zamieszczam jej fotografię.


Wybrałyśmy się razem do miejsca, gdzie niegdyś stał pałac cesarski w Narze, by przetrzeć szlaki – kiedy przyjadą rodzice, zamierzam tam z nimi pojechać. A oto zachód słońca nad dawną stolicą.


W dniach 30 X – 2 XI odbyło się na moim uniwesytecie coś w rodzaju Juwenaliów.


To ja z Toyą przed wejściem.


Kampus uniwersytecki bardzo się zmienia w czasie uroczystości. Ze względu na datę jest dużo dekoracji halloweenowych.


Jak na przykład ta.
Na japońskich uniwersytetach jest mnóstwo klubów (nie tylko sportowych) i każdy z nich urządza jakieś stoisko w czasie tych uniwersyteckich uroczystości. Głównie są to stoiska z jedzeniem: kluchy gotowane, smażone, kulki z ciasta i mięsa ośmiornicy, naleśniki, grillowane mięso itd.
Japończycy są narodem, który uwielbia przebieranki, bez dwóch zdań. Każdy klub miał swoich reprezentantów wybranych spośród studentów pierwszego roku, którzy zakładali kostiumy i potem na scenie prezentowali… różne rzeczy. Skecze, występy muzyczne, ślizganie się całym ciałem po podłodze… (to ostatnie, to jak się zdaje, klub siatkówki). Zwykle też ten kolorowy tłum odbywa także marsz ulicami miasta, ale akurat tego dnia ze względu na przybycie cesarza wszystkie marsze były zakazane. Przebrania bywały tematyczne, na przykład stwory halloweenowe, Murzyni, planety i gwiazdy, takoyaki (wyżej wspomniane kulki z ośmiornicą w środku), Jezioro Łabędzie... Muszę przyznać, że ich praca grupowa robi wrażenie. Naprawdę wszyscy w jakiś sposób się angażują i efekty są... no cóż, porażające. Gratuluję też odwagi. Niby tacy nieśmiali, ale bez żenady występują przed całym uniwersytetem w strojach, które... No cóż u nas nie do pomyślenia.




Mam zdjęcie Jeziora Łabędziego, ale było zbyt perwersyjne, więc go nie wstawię tutaj.



Tutaj Milica i ja z Simonem, który był umarlakiem z klubu kyūdō (tradycyjne łucznictwo japońskie). Cieszył się, że przynajmniej nie kazali mu być dynią, jak jego klubowym koleżankom.
Festyn uświetniany był także występami zespołów, tutaj diabliczka z gitarą.


Na koniec Danie Dnia. Będzie nędzne, bo to przygotowany przeze mnie obiadek, haha.



Rāmen (kluchy w zupce) ze szczypiorkiem i jajkiem, marchewka oraz herbatka.