2 paź 2009

Pożegnanie

Piszę te słowa do wszystkich, którzy jeszcze wiernie zaglądają na ten wymarły blog. Przyznaję i biję się w piersi – nie prowadziłam go ostatnio zbyt energicznie. Główną przyczyną jest to, że latem prawie nie było mnie w domu. Inną przyczyną jest Facebook, na który wstawiałam zdjęcia i ciężko mi się było zmusić, by wstawiać je ponownie tutaj.
Wypadałoby zrobić podsumowanie. Na blogu, który zainspirował mnie do pisania własnego, autor sporządził listę rzeczy, których mu będzie brakowało po powrocie do kraju i tych, których nie będzie brakowało. I tutaj pozwolę sobie pójść w jego ślady.

Czego nie będzie mi brakowało:

- Robali. Zwłaszcza mukade, czyli skolopendr, wesoło rozplenionych po Narze i spacerujących po moim akademiku i okolicach. Pająków wielkości dłoni. Komarów, które pałają do mnie nieodwzajemnionym afektem. No i karaluchów, ale ponieważ nie gryzą i nie są jadowite, nie przejmowałam się nimi za bardzo.
- Wścibskiego uniwerku – naprawdę, po tym wyjeździe olewanie mnie przez UW będzie chyba miłą odmianą.
- Spędów o 23:00 pod akademikiem, w celu sortowania śmieci (na szczęście nie miało to zbyt często miejsca).
- Szalonego Chińczyka oraz sąsiada zostawiającego ultragłośny budzik dzwoniący przez 20 minut o 7:00 rano.
I paru innych rzeczy, ale mi się tak od razu nie nasuwają.

Czego mi będzie brakowało:

- Po pierwsze i najważniejsze: ludzi. Tych, których tam poznałam lub też tych, których znałam wcześniej i spędzałam z nimi wspaniały czas w czasie pobytu w Japonii.
- Przyrody (wyjąwszy robale): przepięknej flory oraz fauny – z naciskiem na naryjskie jelenie.
- Jedzenia (sushi i natto, już za wami tęsknię!).
- Japońskich kolei – jest to w mojej opinii ósmy cud świata i przesiadka na PKP będzie wyjątkowo bolesna.
- Japońskiej sztuki.
- Automatów z napojami na każdym kroku.
- Toalet na każdym kroku.
- Sklepów całodobowych na każdym kroku.
- Traktowania mnie jak bogini, gdy jestem klientem.
I wielu, wielu innych rzeczy…

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali. Tym wpisem kończę roczną egzystencję tego blogu. Żegnaj, Kraino Jelonków. Witaj, Kraju Nadwiślański.



19 sie 2009

Lato w pełni

Podejrzewam, że i tak nikt teraz nie zagląda na mój blog, bo wszyscy się leniwią na wakacjach/urlopach. Ja też się leniwię. Jeżdżę na pokazy sztucznych ogni (specjalność japońskiego lata), chodzę na festiwale oraz jeżdżę w plener (wczoraj byłam nad moją ukochaną rzeką Uji, która pachnie mi tuszem, ale to tajemnicze zjawisko). Pod koniec sierpnia wybieram się na kilkudniową wycieczkę na południe Japonii, zaś zaraz po moim powrocie nawiedza mnie rodzina. Zaś po jej powrocie pozostanie mi w zasadzie pakować graty i machać Japonii na pożegnanie… Jakoś niesamowicie szybko to zleciało, w zasadzie już niedługo znowu będziemy się mogli spotkać w Warszawie!



A w yukatę ubrałam się tym razem sama!

28 lip 2009

Uczę się pilnie wieczory i ranki...

…ponieważ mam sesję. I dlatego (a nie tylko z lenistwa!) nic nie piszę. W sumie tak dużo to się u mnie nie dzieje. Byłam w pałacu cesarskim w Kioto, ale nie był za szczególnie ciekawy, bo nie wpuszczają do środka. Podobały mi się krokwie jednego budynku (bo to jest cały wielki kompleks budynków).




Podoba mi się też sposób, w jaki się określa pałac cesarski; jest to „gosho”, czyli „szanowne miejsce” – i wszystko jasne!
Byłam też na jednym z najsłynniejszych festiwali w Kioto, Gion Matsuri. To trochę jak nasz odpust, tylko na dużo większą skalę (można kupić mnóstwo „odpustowych” drobiazgów, kupić napoje trzymane w lodzie, przepyszne mięska na patyku, postrzelać z wiatrówki, by zdobyć nagrody, wyłowić złote rybki…), no i najpiękniej wygląda to nocą i zewsząd dochodzi festiwalowa muzyka (w miejscach, które są oddalone od samego festiwalu, właściciele sklepów wystawiają na zewnątrz radioodbiorniki, z których także sączy się muzyka!). Ustawiają też wielkie konstrukcje – wozy z lampionami.




Odwiedziłam również dawną rezydencję Shigi Naoyi – pisarza z pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Rezydencja ta znajduje się niemal na tyłach naszego akademika, więc głupio by było tam nie wpaść. Wybrałam się więc z Milicą. Dom ten przekształcony jest obecnie w muzeum, ale takie nie przepełnione zwiedzającymi, pozostawia bardzo miłe, spokojne wrażenie.




A tak poza tym to cykady się drą. Straszliwie.

11 lip 2009

Letni Festiwal

Niedawno (7 VII) było święto Tanabaty, na które stroi się bambusowe drzewka i zawiesza na nich karteczki z prośbami. Ozdoby na tych drzewkach do złudzenia przypominały mi nasze ozdoby choinkowe… Mam na myśli oczywiście wycinanki i łańcuchy z kolorowego papieru, nie bombki.






Wczoraj na uniwersytecie mieliśmy Festiwal Lata, z okazji którego większość dziewczyn przywdziała yukaty (letnia wersja kimona), miały miejsce różne konkursy, koncerty i oczywiście można było zjeść to i owo. Kupiłam sobie yukatę niedawno i Eriko mnie raz dwa w nią ubrała (takie miała zadanie na początku: ubierała koleżanki, bo nie każda Japonka potrafi to teraz zrobić tak łatwo). Na zdjęciach możecie zobaczyć efekt jej pracy.






To ja z wodnym balonikiem – trzeba je było wyławiać z wody haczykiem na papierowej nitce, co nie jest takie proste, bo – rzecz jasna – papierowa nitka w wodzie się rwie…


PS. Gorąco tu!!

29 cze 2009

Wizyta

Otóż zaginiona pora deszczowa raczyła się jednak objawić. Naprawdę niemądrze jest teraz wychodzić z domu bez parasola, co niżej podpisana nieopatrznie dziś uczyniła.
Przenieśmy się jednak nieco w czasie, do wizyty znanego większości z Was osobnika, w podczas której słońce świeciło i żar lał się z nieba.
Żelaznym punktem programu jest, rzecz jasna, Wielki Budda.To też w Tōdaiji, pod pawilonem Nigatsudō.


A to atak klonów na Tōdaiji!! Znaczy się, japońskich przedszkolaków.



Kwitnące bonsai



W ogrodach Złotego Pawilonu też byliśmy, a jakże.


Ktoś czytał książkę „Po słowiczej podłodze”? Oto zamek, w której ona się znajduje.


A raczej jest to „wierzbówkowa podłoga”, ale kto by się wdawał w szczegóły. Chodzi o to, że była to rezydencja używana w czasie pobytu w stolicy (ówcześnie Kioto było stolicą) przez założyciela dynastii siogunów Tokugawa – Tokugawy Ieyasu i facet ten był tak sprytny, że kazał skonstruować podłogę, która uniemożliwiała wrogowi zakradnięcie się cichaczem i wymordowanie mieszkańców. Spacerowałam po niej – rzeczywiście śpiewa. Sam zamek także jest wart zobaczenia – w większości japońskich zamków obecnie w środku niewiele można obejrzeć, zaś w zamku Nijō znajdują się pięknie zachowane malowidła na ścianach, rzeźbione zdobienia sufitów, parawany i temu podobne – wszystko skarby narodowe. Sam budynek ma również interesującą budowę: mianowicie diagonalną, spójrzcie na tę mapkę, tak wygląda z góry.



Siogun miał również całkiem niezły ogród.



Byłam w tym zamku po raz pierwszy i jestem zachwycona. Serdecznie polecam tym, co mogą się wybrać.
Jednego dnia trafiliśmy do raju wielbicieli kwiatów, a w szczególności hortensji (po japońsku „ajisai”). Świątynia Yata-dera specjalizuje się w hodowaniu hortensji – tylko i wyłącznie. Cały jej rozległy ogród wypełniony jest najróżniejszymi gatunkami tych kwiatów. Jak wiele świątyń buddyjskich, Yata-dera położona jest w górach i jest tam wielce urokliwie.











Świątynia ta oferuje też inną interesującą rozrywkę; mianowicie na wyspie Sikoku (jedna z czterech największych wysp Japonii) można odbyć wędrówkę po 88 świątyniach. No to przy Yata-derze można tego doświadczyć… w formie skondensowanej. Ścieżka prowadząca pod górę mija 88 posągów bodhisatwy Jizō, z których każdy reprezentuje jedną ze świątyń z Sikoku. Cwane?
W Narze można zażyć rozrywki także pod postacią przejażdżki łodzią po jednym ze stawów. Oto ja, dama z parasolką (strzeż się zdradzieckiego japońskiego słońca!).


Na terenie świątyni Kasuga znajduje się ogród, w którym hoduje się rośliny, które pojawiają się w „Manyōshū” („Dziesięć tysięcy liści”), najsłynniejszym japońskim zbiorze poezji, skompilowanym w VIII w. Niemal każde źdźbło jest tam podpisane – a co więcej, przy wielu wypisany jest wiersz, w którym dana roślina się pojawia.



Jak szaleć, to szaleć. Skusiliśmy się również na rikszę.



A to ja z naszym dzielnym Yoshim – naprawdę go podziwiam, ta praca jest bardzo ciężka. Tym niemniej widuje się również kilka kobiet w szeregach riksiarzy.



Pomimo upału byłam pełna poświęcenia i wspięliśmy się na górę Wakakusa.


Na jej czubku znajduje się pozostałość grobowca-kopca, nazwany przez poetkę Sei Shōnagon w jej „Dzienniku osobistym” jako „Kopiec wierzbówki” (Japończycy ewidentnie lubią tego ptaszka) i od tamtej pory (XI w.) tak się nazywa. Sam kopiec pochodzi z ok. IV w.Na koniec danie dnia: krowi języczek z kukurydzką!




20 cze 2009

Kajam się

Coś mi się zdaje, że mój blog pokrył się ostatnio kurzem, a może nawet rdzą. Kajam się, kajam. Cóż, przez ostatnie dwa tygodnie miałam miłego gościa, w związku z czym czasu na pisanie już nie stało. Zaś przez dwa tygodnie poprzedzające jego przyjazd uwijałam się, by dokończyć pracę zaliczeniową (bo wiedziałam, że w czasie wizyty ani czasu, ani chęci nie stanie). Teraz jednak jestem już znowu samotna, kabel do Internetu mam na wyłączność – więc zabieram się do pracy.
Jeszcze w maju mieliśmy z uniwersytetu wycieczkę do Obamy. Niestety (a może stety) nie do znanego prezydenta. Co nie zmienia faktu, że prezydent ów (nieświadomie, oczywiście) bierze udział w kampanii przeciwko prowadzeniu samochodu po alkoholu.




Obama to miejscowość w prefekturze Fukui, położona nad Morzem Japońskim – i stąd jej nazwa, bo „Obama” znaczy „Małe Wybrzeże”. Wycieczka obejmowała wizytę w świątyni, wytwórni pałeczek (każdy dostał po parze lakowanych wielowarstwowo pałeczek i mógł je ozdobić zdzierając niektóre warstwy kolorowej laki na obracającym się kole) i pływanie promem po skalistym wybrzeżu.



Pewnej niedzieli wybrałam się z Milicą na koniec świata – czyli do akademika Uniwersytetu Osakijskiego (Osaczańskiego?), gdzie mieszka wielu naszych znajomych. Problem polega na tym, że akademik ten nie znajduje się w Osace, tylko w mieście pod Osaką, zwanym Minoo. Najpierw wybraliśmy się, by podziwiać wodospad w Minoo – jak się potem dowiedziałam, stworzony sztucznie, na potrzeby turystyki, ale nie zmienia to faktu, że jest tam bardzo urokliwie.



Maskotką Nary jest jelonek, zaś maskotką Minoo – małpa. Oto znak ostrzegający przed strącanymi przez małpy kamieniami.



Nie pytajcie, co robi krasnal ogrodowy z „Królewny Śnieżki” w japońskiej kapliczce. Nie pytajcie…


W pierwszym tygodniu czerwca miała nastać pora deszczowa, a zamiast tego nastały słoneczne i straszliwie upalne dni. W ciągu ostatnich dwóch tygodni padało… raz. Cóż, zobaczymy, co przyniesie nam tajemniczy, japoński klimat.
To tyle na dziś, by nieco rozbudzić Wasze uśpione apetyty oraz oszczędzić trochę mych sił przed relacją z pobytu mojego narzeczonego.
Danie dnia: sashimi z wieloryba oraz małża na surowo, ach…



12 maj 2009

Oceanarium

Najpierw, zgodnie z życzeniem mojej Mamy, zamieszczam zdjęcia żywopłotów z rododendronów na moim uniwersyteckim kampusie. Są one tu dosyć popularne – i pięknie pachną!





Korzystając z dni wolnych (japoński Golden Week, dłuższy niż nasz weekend majowy), wybrałam się ze znajomymi do oceanarium w Osace. Było tam wiele rodzajów ryb (od kolorowych i wesołych po budzące respekt ryby młoty), a także wydry, delfiny, foki i pingwiny.








A to Zbysio:



Pochodzi ze sklepu w oceanarium i jest moim prezentem urodzinowym.
Po oceanarium postanowiliśmy skorzystać z widokowego diabelskiego młyna – z jego kabinki podziwialiśmy nocną panoramę Osaki.


Wybrałam się też ostatnio na pokaz tańców gejsz w Kioto oraz na spektakl teatru nō (również w Kioto), lecz niestety nie wolno było robić zdjęć, nie mogę więc Wam nic zaprezentować. Mogę się jedynie podzielić wrażeniami – mianowicie jestem zachwycona. Tańce gejsz były piękne i pełne gracji. Przed nō natomiast ostrzegano mnie, że utnę komara, bo to takie nudy. Jednak ponieważ uczyłam się wcześniej o tym teatrze oraz zapoznałam się z treściami sztuk (spektakl zaczął się o 13:00 i trwał do 17:15), byłam w stanie trochę go docenić. W czasie ostatniej sztuki, „Aoi no ue” („Dama Aoi”), napięcie było takie, że aż mnie zatkało. Teatr ten ma korzenie podobnie jak grecki – w rytuałach religijnych, i wiele z tej mistyki w nim pozostało.
Danie dnia: wspaniały obiad spożyty w restauracyjce nad rzeką Kamo.