Ściąga dla niewtajemniczonych:
* baka – głupi
*gajdzin - obcy
Witajcie, witajcie!
Kiar serdecznie wita fanów starych i nowych, a także wszystkich krewnych i znajomych Królika.
Na wstępie pragnę Was przeprosić za to, że tak długo nie ukazywały się nowe wpisy na blogu. Jest to tylko i wyłącznie moja wina. Po pierwsze, za bardzo absorbowałam moją siostrę, aby mogła w spokoju kilka zdań sklecić. Po drugie błagałam ją, aby pozwoliła mi jednego wpisu na blogu dokonać, a kiedy uzyskałam zgodę, nieoczekiwanie zapadłam na anginę.
Nie przeciągając przechodzę do podzielenia się z Wami moimi refleksjami, odkryciami i wpadkami związanymi z azjatycką cywilizacją.
Jako totalny baka-gajdzin, któremu całkowicie obca jest kultura Japonii, mam parę spostrzeżeń, które zapewne nie dziwią już wytrawnych japońskich wyjadaczy. Jestem zauroczona tym krajem, ale żeby nie spłodzić Wam tutaj Wojny i pokoju, zdecydowałam w swych memoires ograniczyć się do Top Ten Japanese Attractions. A zatem...
1. Superzaawansowane technicznie kible. Z pewnym delikatnym zażenowaniem wyznam, że zostałam pasjonatem kiblowym już po pierwszym spotkaniu z sedesem wyposażonym w pilota i wydającym flashing sound oraz proponującym mi wszelkie możliwe warianty obmycia się i wypachnienia (deo spray!). Nie zapominajmy też o podgrzewanych siedzeniach – absolutny hicior w zimie! J’adore!
Przeczytałam właśnie, że w tokijskiej dzielnicy Ginza znajduje się muzeum toalet. Tam skieruję swe pierwsze kroki, jeśli tylko uda mi się do Japonii powrócić.
Zachwyca mnie też zdystansowanie się Japończyków od tego zapóźnionego cywilizacyjnie zachodu i podzielenie toalet na te western style (czytaj normalne, takie jakie znamy my) i te Japanese style, czyli te „na Małysza”, które zachwalają jako niezwykle higieniczne, gdyż kombinacje alpejskie, które się tam wykonuje uniemożliwiają zetknięcie się cielesne z cudzymi zarazkami.
2. Automaty z napojami. Dostępne prawie na każdej ulicy. Oferujące zarówno napoje zimne jak i gorące. To prawdziwy ratunek w zimie. W dwa tygodnie udało mi się uzależnić od gorącej bawarki.
3. Niefrasobliwe podejście do języka angielskiego. Ujęła mnie tabliczka w sklepie „I’m afraid we don’t exchange money”. Jak również menu pewnej restauracji proponujące nam coca-corę oraz okonomiyaki przetłumaczone jako „Japanese pizza”. Przy tym cherry brossom to już drobnostka.

4. Ordnung muss sein! Czy znacie drugi kraj, w którym ludzie ustawiają się na przystankach autobusowych w kolejce? Kto pierwszy przyszedł na przystanek, pierwszy wsiądzie. Bez przepychanek i bez użycia łokcia. Naprawdę wstrząsające. Nie do pomyślenia w naszej dziczy.
5. Zabytki sakralne – to spostrzeżenie odnosi się przede wszystkim do Nary, w której jest aż osiem zabytków wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Człowiek wychodzi na ulicę i po chwili potyka się o jakąś świątynię, czającą się za rogiem. Robi to wrażenie, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że większość tych świątyń powstała w VII – VIII w. n.e., kiedy to nasi przodkowie przyodziani w skóry niedźwiedzia dziarsko dziczyznę po lasach gonili.

6. Raj skarpetkowy. Czy w ogóle ubraniowy. Odzież w Japonii wcale nie jest taka droga, jak nam to zawsze wmawiano. Wystarczy się rozejrzeć, aby znaleźć jakąś promocję. Ubrania mogą być przecenione nawet o 80% i to wcale nie dlatego, że są wysmarowane szminką, czy dezodorantem, jak w naszej słonecznej ojczyźnie. Co więcej, często sprzedawane są zestawy składające się z bluzki z długim i z krótkim rękawem. Najczęściej te dwie rzeczy kompletnie do siebie nie pasują, ale ponieważ sprzedawane są w zestawie, są o wiele tańsze.
7. Wymyślne narzędzia tortur. Ilość wysiłku, który Japonki wkładają w dbanie o urodę lekko mnie zawstydza i powoduje, że czuję się jak niedomyty Kopciuch. Maszynki do golenia brwi przyjęłam na miękko. Szok mój spowodowała dopiero wiadomość o maszynkach do golenia twarzy! Hai, powtarzam jeszcze raz: GOLENIA TWARZY! Nie zdążyłam jeszcze w pełni dojść do siebie po tym wydarzeniu, kiedy myszkując w drogerii natknęłam się na kolejne wymyślne narzędzie tortur służące do robienia sobie europejskiej powieki. Nie od dziś wiadomo, że Japończycy starają się być bardziej amerykańscy od Brada Pitta. Pewna znajoma japonistka poinformowała mnie nawet, że niektórzy sami o sobie mówią, że są bananami (żółci na zewnątrz i biali w środku), ale to już chyba lekka przesada. Europejska powieka, też coś! Brrr!

8.
Chu-hi’e, czyli lekkie, gazowane napoje alkoholowe, promowane jako twój nieodłączny coctail partner. W niezwykle przystępnej cenie 120 jpn. Coś jak breezerki, tylko w puszce i w ogromnej ilości wariantów smakowych: cytrynowy, grapefruitowy, pomarańczowy, pomarańczowy z porzeczką, lychee, zielona herbata, biała brzoskwinia itd. Jedyny minus: trzeba ich wypić chyba z dziesięć, żeby tobą tąpnęło.

9.
Ladies only. Wagony w godzinach szczytu przeznaczone wyłącznie dla kobiet, aby uchronić je przed lepkimi łapskami japońskich obmacywaczy. Zszokowało mnie to dlatego, że do tej pory błędnie sądziłam, że Japończycy uprawiają seks tylko w domu pod kołdrą i w kimonie. Wieść o tym, że łapią kobiety za tyłki w środkach komunikacji miejskiej wstrząsnęła mną do głębi. Oczywiście zaraz zaczęłam się rozglądać za jakimś zboczeńcem w ramach doświadczenia kolejnej atrakcji turystycznej, lecz niestety nie dane mi było takowego napotkać.

10.
Przyroda. Piękne stawy, kwitnące nawet w grudniu kamelie i wspaniałe momiji (czerwonolistne klony). Zachwyciły mnie puchate sosny w ogrodzie cesarskim i jelonki w najpiękniejszym z japońskich miast.

Jak z powyższego wynika, Japonia podbiła moje serce. Oczywiście było tam parę rzeczy, które mi się nie podobały, jak restrykcyjna segregacja śmieci przy jednoczesnym braku na nie koszy na mieście, brak kaloryferów w akademiku, czy Tokyo Tower (darujcie ją sobie, naprawdę), ale ogólnie, jakby powiedział juror programu rozrywkowego
„jestem na tak!”.Na tym zakończę oddając głos prawowitej właścicielce bloga. Tęsknijcie i bez odbioru.
Kiar