26 sty 2009

Z kamerą wśród wynalazków

Najpierw chciałam podziękować wszystkim, którzy oddali głos na mój blog. Dziękuję Wam wszystkim!
Następnie chciałabym zaprezentować cudowny wynalazek, który Japończycy powszechnie stosują w zimie: kairo. Są dwa rodzaje – kairo, które się przylepia do skóry i takie, które wkłada się np. do kieszeni i tam grzeje. Ja stosuję to drugie. Wygląda tak:



W tej torebce znajduje się proszek. Należy nią potrząsnąć, a proszek się rozgrzeje. Kiedy przestaje grzać, trzeba potrząsnąć ponownie i w ten sposób działa około 24 godzin. Na lodowate wykłady – kairo jest niezastąpione. Japończycy nie byliby oczywiście sobą, gdyby nie wyprodukowali uroczych pokrowczyków; oto mój:


Z językami obcymi niestety Japończycy wciąż mają duże problemy. Oto, co można przeczytać na oknie salonu fryzjerskiego przy jednej z najludniejszych ulic Nary:


Co to dokładnie oznacza, pozostawiam Waszej, dowolnej interpretacji…
W zeszłym tygodniu wybrałam się ze znajomymi do bardzo kameralnego baru w Narze.


Od lewej: Milica, ja, Simon, Julien, a Toya robi zdjęcie.
W barze tym wystarczy powiedzieć do barmana „Pilsnera poproszę”, żeby usłyszeć „ale dobrze mówisz po japońsku!”. Cóż...
W sobotę 24 I miało miejsce podpalenie góry Wakakusa. Co roku się ją podpala, ma to pewnie jakieś religijne/mistyczne znaczenie, ale nie udało mi się sprecyzować, jakie. W każdym razie widok z dachu naszego akademika był przepiękny. Zdjęcia oczywiście nie umywają się do rzeczywistości.




Natomiast w niedzielę wybrałam się wraz z członkiniami Salonu Japońsko-Polskiego na… wyżerkę w szklarni! Panie zabrały mnie i Monikę (która jest na stypendium w Kōbe) do szklarni, w której hoduje się przepyszne truskawki, i to wiele ich rodzajów. Trzeba Wam wiedzieć, że w Japonii truskawki są potwornie drogie. Możliwość obżerania się nimi do woli, własnoręcznie zerwanymi prosto z krzaczka, była czymś naprawdę nie do pogardzenia. Opłaciło się wstać o 6:30…





Na tym jednak nasze obżarstwo się nie skończyło, bo poszłyśmy jeszcze na obiad. Oto danie dnia: makaron gryczany soba, który macza się w tej białej papce (doprawiwszy ją uprzednio sosikiem z flaszeczki i chrzanem wasabi) z pewnego górskiego warzywa. Było pycha. Panie martwiły się, czy mi posmakuje, ale nie miałam kłopotów z pałaszowaniem.



21 sty 2009

Bonus

Ruszyło głosowanie w konkursie, w którym mój blog bierze udział. Dopiero po tym etapie jurorzy będą wybierać najlepsze blogi, więc bardzo potrzeba mi Waszych głosów - tylko 10 blogów przechodzi dalej. SMS kosztuje, jak się zdaje, 1,22 zł. Treść D00036, na numer 7144, z jednego telefonu głos można oddać tylko raz. Uwaga: w numerze mego blogu to są zera, a nie literki "o". Głosujący mają szansę wygrać aparat fotograficzny, go for it! Koniec głosowania już 22 I o 12:00. Z góry dziękuję za wsparcie.

A teraz bonus:

zdjęcie plakatu z sobotniego przedstawienia kabuki.



Oraz Felek, mój drogi przyjaciel na tę zimę. Ze zdjęcia łatwo można wywnioskować, dlaczego imię "Felek" idealnie do niego pasuje.


17 sty 2009

Kupiłam krowę

Tak wygląda:



W zeszłą sobotę udałyśmy się z moją koleżanką Magdą, która studiuje w Osace do Kioto, w odwiedziny do państwa Kawabatów. Profesor Kawabata był wykładowcą Uniwersytetu Kiotyjskiego (tak to się odmienia?), a także przez jakiś czas uczył na naszej warszawskiej japonistyce. Wysłała nas do nich nasza promotorka, zaopatrując w dar i list polecający. Pani Kawabatowa wyszła po nas na przystanek i po drodze pokazała malutką świątynkę sintoistyczną, dokąd wybrałyśmy się z Magdą na nasze hatsumōde, czyli pierwszą wizytę w świątyni po Nowym Roku. Noworoczna ozdoba była intrygująca.



To, co tam widzicie, to między innymi mandarynki oraz głowa wielkiego homara. Reszta homara została złożona u stóp przybytku i wyglądała mało zachęcająco. W każdym razie moją krowę kupiłam właśnie w tej świątyni. W Japonii każda świątynia prowadzi mały sklepik – coś jak sprzedaż świętych obrazków i różańców w europejskich kościołach.
Odwiedziwszy świątynię, złożyłyśmy wizytę w bardzo tradycyjnym domu państwa Kawabatów. Jest zbudowany w stylu japońskim, ma ogródek ze strumyczkiem, drzwi są przesuwne, na podłodze są maty tatami oraz… nie ma krzeseł. Wierzcie mi, we współczesnej Japonii to wielka rzadkość. Zwykle tylko jeden pokój w mieszkaniu jest urządzony w stylu japońskim, jeśli w ogóle. W dodatku profesor był ubrany w kimono (mężczyzna w kimonie to w Japonii już wyjątkowa rzadkość), a kiedy wyszedł nas odprowadzić na autobus, gały nam wyszły na wierzch, bo my z Magdą w kurtkach, ja nawet w czapce, a on tylko w kimonie i w geta (takie chodaczki, jakie pojawiają się w którymś ze wcześniejszych wpisów) na BOSE STOPY!!
Inna rzecz, która mnie zaskoczyła i to naprawdę pozytywnie, to wiedza profesorostwa. Otóż zwykle, gdy odpowiadam Japończykowi na pytanie „o czym chcesz pisać pracę magisterską?”, słyszę zwykle „ahaaa, nie, nie słyszałem…”. Profesor Kawabata natomiast, usłyszawszy odpowiedź „Uemura Shōen”, pokiwał głową, podniósł się i przyniósł mi z półki trzy albumy i jedną książkę. Magda też pisze o malarstwie i jej też miał co pokazać. Dlatego bardzo się cieszę, że się tam wybrałyśmy, nie tylko dlatego, że kuchnia pani Kawabatowej jest pyszna (a jest!).





To zdjęcie z noworocznymi kagami mochi (ciasteczkami ryżowymi) we wnęce tokonoma.





A to ja z profesorostwem.

Po opuszczeniu ich domu miałyśmy jeszcze sporo czasu do wieczora, wybrałyśmy się zatem w odwiedziny do kolegi, który jest w Kioto na studiach doktorskich.



Było wesoło.

Wczoraj z kolei wybraliśmy się do Osaki do teatru kabuki. Dla niewtajemniczonych: jest to jeden z tradycyjnych teatrów japońskich, wywodzący się z rozrywek mieszczan. Wszystkie role odgrywają mężczyźni oraz często zdarza się, że na scenie obok siebie występują ojcowie, synowie i bracia, bo to zawód rodzinny. Nasz kochany uniwersytet zabrał nas na spektakl, wydając na to wcale nie małą sumkę, bo kabuki, jak i pozostałe tradycyjne sztuki, nie należy do tanich rozrywek. Byłam na takim spektaklu po raz pierwszy i bardzo mi się podobało, choć w czasie trzeciej sztuki (spektakl składał się z czterech krótkich sztuk) musiałam mocno walczyć z sennością, bo wszyscy się wcześnie zerwaliśmy tego dnia i większość z nas została napadnięta przez senność właśnie w okolicach trzeciej sztuki… Kiedy wyruszaliśmy o poranku, wzgórza w Narze pokrywał szron.



To olbrzymi gmach Shōchikuza, teatru w Osace. My mieliśmy miejsca na najwyższym balkonie, jest to piąte piętro budynku!


A to ciekawa budowla w pobliżu.



Z Nary do Osaki można dojechać pociągiem w niecałą godzinę, a człowiek znajduje się nagle w zupełnie innym świecie. Osaka jest metropolią pełną gębą i przez okno pociągu można oglądać morze dachów, z wieżowcami wystającymi nad nim jak maszty potopionych okrętów.
I to tyle na dziś. Powoli zbliżam się do pierwszej tutaj sesji, zacznie się w pierwszym tygodniu lutego. Nie jest u nas tak zimno jak w Polsce, ale brak centralnego ogrzewania sprawia, że nie wyobrażam sobie życia bez Felka – piecyka, który nabyłam w sklepie z używanymi rzeczami. Brr…

7 sty 2009

Akemashite omedetou gozaimasu!


Witam wszystkich w nowym roku! Dla Japończyków to bardzo ważny okres (okres noworoczny obejmuje też tydzień po Nowym Roku), a noc sylwestrową spędzają trochę na wzór naszej Wigilii – jest to święto rodzinne i spokojne, bez szaleństw. O północy udają się na pierwszą w nowym roku wizytę w świątyni i wysłuchują 108 uderzeń w świątynny dzwon. Wstawiłam obrazek z krówką, gdyż ten rok (tak naprawdę zacznie się dopiero w lutym, jak mi się zdaje, bo to chiński zodiak, ale Japończycy dla uproszczenia świętują już od 1 I) jest Rokiem Krowy. Jest to też, nota bene, mój rok, gdyż urodziłam się właśnie w Roku Krowy. Z tego łatwo wyliczyć mój wiek, snif… Jeszcze jedno na marginesie: podobno w Korei tak się często podaje wiek: wedle chińskiego znaku zodiaku, a rozmówca sam sobie wylicza, ile delikwent może mieć lat (dla tych, którzy się nie orientują w tym temacie: w chińskim zodiaku jest dwanaście znaków i każdy obejmuje jeden rok, a nie około miesiąca jak u nas, w związku z czym każdy cykl trwa dwanaście lat. Do tego dochodzi żywioł – jest ich pięć – więc pełny cykl to sześćdziesiąt lat. Wedle starożytnych Chińczyków jest to długość życia człowieka. Ja się urodziłam w Roku Krowy z żywiołem drewna, więc następny taki rok będzie za 36 lat).
U nas smucimy się, że maile i SMS-y wypierają szlachetny zwyczaj wysyłania kart świątecznych. Otóż w super nowoczesnej Japonii zwyczaj ten kwitnie! Dorosły Japończyk wysyła na Nowy Rok nawet do stu kart! A to dlatego, że karty trzeba wysłać naprawdę WSZYSTKIM… To znaczy: znajomym z podstawówki, z gimnazjum, z liceum, z uniwersytetu, nauczycielom, znajomym z kółek zainteresowań, itp., itd. Ponieważ jest to potworna robota, większość osób drukuje te karty i tylko podpisuje ręcznie, tym niemniej wysyła się prawdziwe, papierowe. Łatwo się domyślić, że w okresie przedświątecznym poczta jest dosłownie zalewana kartami, lecz nie myślcie, że powoduje to jakikolwiek kryzys, jak u nas. Po pierwsze poczta jest sprywatyzowana, a po drugie przed Nowym Rokiem zatrudnia się całą armię dodatkowych listonoszy (dobra fucha dla studenta, który chce sobie dorobić). Dlatego w zasadzie WSZYSTKIE karty dostaje się pierwszego stycznia!! Jeśli się mieszka na wyjątkowo odległej prowincji, poczta może się spóźnić o jeden dzień, maksymalnie dwa.
Jako że nadchodził Rok Krowy, począwszy od grudnia wszędzie było pełno gadżetów z krówkami i oczywiście cała masa kart z krowami do wyboru. Można było kupić nawet znaczki pocztowe z podobiznami krów/byków (japońskie słowo „ushi” oznacza zarówno krowę, jak i byka) lub wykaligrafowanymi znakami w różnych kaligraficznych stylach.
A ja cóż, Święta i Nowy Rok spędziłam w Polsce, więc nie będzie dziś zagranicznych zdjęć, tylko jedno swojskie. W japońskich domach nie ustawia się choinek, rzecz jasna. Pojawiają się tylko w centrach handlowych i zawsze są sztuczne. Pierniczki na naszą upiekłam sama, jak co roku.


Ze spraw organizacyjnych: jak widać zgłosiłam swój blog do konkursu Onetu. Mam nadzieję, że kiedy zacznie się głosowanie, będę mogła liczyć na Wasze wsparcie. Zerknijcie na link po lewej stronie, pod znaczkiem.
Jeszcze raz wszystkiego dobrego!