W zeszłą sobotę udałyśmy się z moją koleżanką Magdą, która studiuje w Osace do Kioto, w odwiedziny do państwa Kawabatów. Profesor Kawabata był wykładowcą Uniwersytetu Kiotyjskiego (tak to się odmienia?), a także przez jakiś czas uczył na naszej warszawskiej japonistyce. Wysłała nas do nich nasza promotorka, zaopatrując w dar i list polecający. Pani Kawabatowa wyszła po nas na przystanek i po drodze pokazała malutką świątynkę sintoistyczną, dokąd wybrałyśmy się z Magdą na nasze hatsumōde, czyli pierwszą wizytę w świątyni po Nowym Roku. Noworoczna ozdoba była intrygująca.
To, co tam widzicie, to między innymi mandarynki oraz głowa wielkiego homara. Reszta homara została złożona u stóp przybytku i wyglądała mało zachęcająco. W każdym razie moją krowę kupiłam właśnie w tej świątyni. W Japonii każda świątynia prowadzi mały sklepik – coś jak sprzedaż świętych obrazków i różańców w europejskich kościołach.
Odwiedziwszy świątynię, złożyłyśmy wizytę w bardzo tradycyjnym domu państwa Kawabatów. Jest zbudowany w stylu japońskim, ma ogródek ze strumyczkiem, drzwi są przesuwne, na podłodze są maty tatami oraz… nie ma krzeseł. Wierzcie mi, we współczesnej Japonii to wielka rzadkość. Zwykle tylko jeden pokój w mieszkaniu jest urządzony w stylu japońskim, jeśli w ogóle. W dodatku profesor był ubrany w kimono (mężczyzna w kimonie to w Japonii już wyjątkowa rzadkość), a kiedy wyszedł nas odprowadzić na autobus, gały nam wyszły na wierzch, bo my z Magdą w kurtkach, ja nawet w czapce, a on tylko w kimonie i w geta (takie chodaczki, jakie pojawiają się w którymś ze wcześniejszych wpisów) na BOSE STOPY!!
Inna rzecz, która mnie zaskoczyła i to naprawdę pozytywnie, to wiedza profesorostwa. Otóż zwykle, gdy odpowiadam Japończykowi na pytanie „o czym chcesz pisać pracę magisterską?”, słyszę zwykle „ahaaa, nie, nie słyszałem…”. Profesor Kawabata natomiast, usłyszawszy odpowiedź „Uemura Shōen”, pokiwał głową, podniósł się i przyniósł mi z półki trzy albumy i jedną książkę. Magda też pisze o malarstwie i jej też miał co pokazać. Dlatego bardzo się cieszę, że się tam wybrałyśmy, nie tylko dlatego, że kuchnia pani Kawabatowej jest pyszna (a jest!).
To zdjęcie z noworocznymi kagami mochi (ciasteczkami ryżowymi) we wnęce tokonoma.
Po opuszczeniu ich domu miałyśmy jeszcze sporo czasu do wieczora, wybrałyśmy się zatem w odwiedziny do kolegi, który jest w Kioto na studiach doktorskich.
Wczoraj z kolei wybraliśmy się do Osaki do teatru kabuki. Dla niewtajemniczonych: jest to jeden z tradycyjnych teatrów japońskich, wywodzący się z rozrywek mieszczan. Wszystkie role odgrywają mężczyźni oraz często zdarza się, że na scenie obok siebie występują ojcowie, synowie i bracia, bo to zawód rodzinny. Nasz kochany uniwersytet zabrał nas na spektakl, wydając na to wcale nie małą sumkę, bo kabuki, jak i pozostałe tradycyjne sztuki, nie należy do tanich rozrywek. Byłam na takim spektaklu po raz pierwszy i bardzo mi się podobało, choć w czasie trzeciej sztuki (spektakl składał się z czterech krótkich sztuk) musiałam mocno walczyć z sennością, bo wszyscy się wcześnie zerwaliśmy tego dnia i większość z nas została napadnięta przez senność właśnie w okolicach trzeciej sztuki… Kiedy wyruszaliśmy o poranku, wzgórza w Narze pokrywał szron.
To olbrzymi gmach Shōchikuza, teatru w Osace. My mieliśmy miejsca na najwyższym balkonie, jest to piąte piętro budynku!
A to ciekawa budowla w pobliżu.
Z Nary do Osaki można dojechać pociągiem w niecałą godzinę, a człowiek znajduje się nagle w zupełnie innym świecie. Osaka jest metropolią pełną gębą i przez okno pociągu można oglądać morze dachów, z wieżowcami wystającymi nad nim jak maszty potopionych okrętów.
I to tyle na dziś. Powoli zbliżam się do pierwszej tutaj sesji, zacznie się w pierwszym tygodniu lutego. Nie jest u nas tak zimno jak w Polsce, ale brak centralnego ogrzewania sprawia, że nie wyobrażam sobie życia bez Felka – piecyka, który nabyłam w sklepie z używanymi rzeczami. Brr…
4 komentarze:
Ładnie Ci w tym sweterku:)
To i ja się dopisuję :) Głos na blog oddany :P Bardzo ładna krowa!! Powodzenia podczas sesji!
PS. Jak tam się sylwester udał?
Kiar> Od razu widać, kto wybierał, co? ;)
Adam> Dziękuję za głos :) Sylwester był kameralny i na spokojnie, choć Gleb, który puszczał nasze fajerwerki, został spowity mgłą niczym Świteź ;D
No właśnie ta krowa tak mi się spodobała, że nie mogłam jej się oprzeć!
Widać, Mikołaj Tatisi:) Bo on świetnie zna się na modzie:)
Prześlij komentarz