27 mar 2009

Na zachód od Japonii - część I

Wróciłam z wycieczki cała i zdrowa oraz z około pięcioma milionami zdjęć, w związku z czym pozwolę sobie opisać mą przygodę w odcinkach.
Pojechałam tam z dwiema koleżankami Serbkami – Milicą z mego akademika oraz Jeleną, którą studiuje w Okayamie.Zacznijmy od tego, że hostel, w którym mieszkałyśmy, wyglądał tak:

Dotarłyśmy na miejsce wieczorem, więc zwiedzanie rozpoczęłyśmy od dnia następnego. Nawiedziłyśmy dawny pałac królewski.




To ja z Jeleną.


Zielone zdobienia zdają się odróżniać sztukę koreańską od japońskiej.


Te wałeczki przywodziły mi na myśl cukierki, które mają na początku właśnie taki kształt i potem tnie się je na plasterki – a w środku mają właśnie coś w rodzaju takiego wzoru.



Kanapa z tradycyjnym, koreańskim zdobieniem.


I nasi tam byli!





Danie Dnia: piekielnie ostra koreańska zupka i różowy ryż.



CDN.

15 mar 2009

Rzut beretem

Tak to już jakoś jest, że do miejsc, które są najbliżej, jakoś najtrudniej nam dotrzeć. No bo przecież zawsze możemy tam pójść. I w taki oto sposób udałyśmy się z Milicą do pobliskiego Shinyakushiji po blisko pół roku mieszkania niemal w jego sąsiedztwie. Po drodze spotkałyśmy na jednym dachu tego oto tłuścioszka (podejrzewam, że to bóg Ebisu) i nie mogłyśmy się powstrzymać przed uwiecznieniem go.


Shinyakushiji to świątynia buddyjska założona w VIII w. przez cesarzową Kōmyō, i nazwana „Nowym Yakushiji”, w odniesieniu do świątyni Yakushiji, w której byłam z rodzicami. Jest to urocze miejsce, z którego wspaniałości niewiele zostało, gdyż na przestrzeni wieków szalały tam pożary i tajfuny.




Oto główny przybytek, w którym znajduje się posąg Buddy Leczącego oraz dwunastu glinianych, strzegących go generałów o fantastycznych fryzurach (niestety nie można robić tam zdjęć), po jednym na każdy znak chińskiego zodiaku. Obejrzałyśmy film, w którym postarano się odtworzyć pierwotny wygląd generałów i efekt zapiera dech w piersiach. Musieli być naprawdę wspaniali.


Kapliczka sintoistyczna podczepiona pod świątynię buddyjską to standard.


W dodatku wygląda na to, że to kapliczka poświęcona zakochanym.



Jest też smok, pod którego czujnym okiem należałoby się obmyć przed wejściem, tylko trochę studzienka mu wyschła…



Wesołe płazy zbierające ofiary.








A teraz ogłoszenie nie-drobne, otóż korzystając z wakacji postanowiłam wyciągnąć swoje macki poza Wyspy i udać się w towarzystwie koleżanek na kilkudniową wycieczkę do Korei. Oczekujcie relacji!

8 mar 2009

Miesiąc lalek

Trzeciego marca przypada Święto Dziewczynek, związane z lalkami. W domach, gdzie są dziewczynki, robi się wystawę (w formie schodków, na których się ustawia poszczególne elementy) z lalek dworu cesarskiego. Wystawy tej nie zdejmuje się aż do końca miesiąca. Lalki i różnego rodzaju akcesoria (toaletki dla lalek, mini powozy, stoliczki) przekazuje się z matki na córkę i dokupuje nowe, o ile rodziców (czy dziadków) na to stać. Zestaw podstawowy to cesarz i cesarzowa. Poniżej są damy dworu, następnie urzędnicy, jak mi się zdaje. Na samym dole stoją mebelki i powozy. Wybrałam się w ostatnią środę do muzeum, gdzie była sezonowa wystawa poświęcona tym tradycyjnym lalkom i były tam nawet eksponaty z okresu Edo (od XVII do połowy XIX w.). Nie mogłam oczywiście robić tam zdjęć, ale nie martwcie się, byłam też w galerii – sklepie, gdzie właścicielka pozwoliła mi pstryknąć parę fotek. Te lalki różnią się od tych marcowych, ale również są tradycyjnymi japońskimi lalkami. Są ręcznie robione, ubrane w prawdziwe kimona (w sensie nie atrapy, a uszyte specjalnie dla nich ubrania), pięknie haftowane i farbowane. Co więcej, ich włosy robi się z prawdziwych ludzkich włosów (co rodzi mrożące krew w żyłach fantazje o tym, że tym lalkom włosy rosną jak ludziom, brr…). Jedna taka laleczka kosztuje od dwustu do czterystu tysięcy jenów (obecny przelicznik: 100 jenów to 3,8 zł). Dobrze, że chociaż popatrzeć można…
Laleczki z krótszymi włosami to chłopcy. Muszę przyznać, że szczególnie mi się podobały właśnie te chłopięce kimona.





Zbliżenie: wzór w krewetki. Zachwycił mnie!


Także to muzeum, w którym byłam ostatnio, ma swój własny park, a w nim kwitnące śliwy.









Miło sobie posiedzieć na takiej ławeczce, prawda?



Dla stęsknionych za moją fizys.


No i moje danie dnia, w niewielkiej knajpce z tradycyjnym jedzeniem. Tak, w tej kanciastej czarnej miseczce leżą malutkie krewetki – zjada się je w całości, nie trzeba obierać, hehe.

2 mar 2009

Papierem Japonia stoi


Ostatnio niewiele nowego się u mnie dzieje, bo mam wolne – choć pomału zaczynają mi się rysować plany podróżnicze na te ferie. Tym niemniej mogę sobie pozwolić teraz na wpis refleksyjny. Przyszło mi do głowy, że papier mógłby być odpowiednim tematem.
Tradycyjny japoński papier słynie z wysokiej jakości i powstaje tyle jego rodzajów, że przyjemnością jest samo przeglądanie katalogu z ofertą (to dzięki Tobie, Grubciu, miałam tę okazję!). Oprócz tego niemal każdy z nas zetknął się z origami, figurami złożonymi z papieru. W Japonii sprzedaje się specjalne arkusze, które mają kształt kwadratu (kwadrat jest bazą w zasadzie do wszystkich figur), z nadrukowanymi pięknymi wzorami. Ręce aż same się wyciągają po nie. Zresztą, mianem origami określa się też sam papier do składania.
Dużo się słyszy o zaawansowaniu Japończyków jeśli chodzi o segregację odpadków i że w ogóle mają hopla na tym punkcie (u mnie w akademiku jest 9 koszy, każdy na co innego). Dlatego bardzo mnie zadziwił brak kosza na makulaturę. Nie ma. Niepotrzebne papiery trafiają do kosza „do spalenia”. Myślę, że zamiast osobnego kosza na kartony po napojach mogliby ustawić kosz na makulaturę i dużo by się tam uzbierało. Owszem, jeżdżą samochodziki zbierające stare gazety i czasopisma, ale to nie gazety stanowią u mnie problem z papierem. Problem polega na podejściu do papieru – mianowicie (podobnie jak to się ma z wodą) papieru się nie oszczędza; jeśli wykładowca drukuje jakieś materiały dla studentów (a – inaczej niż to jest np. na UW – nauczyciele rzeczywiście dostarczają ilość egzemplarzy równą ilości studentów), zawsze jest to drukowanie jednostronne, co więcej, drukuje się jakieś zatrważające ilości tych materiałów, często niezupełnie potrzebnie… Ponadto studenci są wiecznie zalewani tonami broszur z sekretariatu, muszą podpisywać dziesiątki świstków i ogólnie rzecz biorąc toną w papierze. A ja myślałam, że mamy kłopot z nadmiarem kserówek na Warszawskim…
Japończycy sami o sobie mówią, że ich kultura jest „kulturą pakowania”. No a pakuje się oczywiście w papier. Kiedy kupuje się książkę w księgarni, sprzedawca od razu pyta, czy ją obłożyć. Japońskie książki zwykle wydawane są z obwolutą, więc po takim zabiegu okładka staje się wręcz potrójna. Ale dzięki niemu prywatność czytelnika jest chroniona (możemy sobie czytać jakiegoś harlequina i nikt nie będzie wiedział, chyba że zajrzy nam przez ramię) oraz księgarnia się w ten sposób reklamuje, bo mają specjalne papiery z nadrukiem firmowym.
Przy tym całym zużyciu papieru zaskakują gabaryty japońskich zeszytów. Zdziwiłam się, bo kupić w przeciętnym sklepie zeszyt grubszy niż 60 kartek, to już sztuka. O naszym solidnym 192 nie ma wręcz mowy! Tajemnicze zjawisko.
Komentarze mile widziane.