15 gru 2008

Ciąg dalszy przygód oraz fotoreportaż

Ostatnio jakoś zupełnie nie mogę złapać oddechu. Wybaczcie rzadkie wpisy. W końcu jednak udało mi się zebrać w sobie (chociaż w sumie nie raz, bo wpis ten powstawał partiami) i oto świeża dostawa fotek i informacji.Zatrzymaliśmy się na dniu 8 XI, kiedy to byłam na wycieczce wraz z innymi studentami zagranicznymi. Mogę jeszcze dodać, że wybraliśmy się na ceremonię herbacianą.


Ten roześmiany starszy pan obok mnie to profesor Tongū, dziadzio z poczuciem humoru i dużą wiedzą na temat historii Japonii.
Wybraliśmy się także do manufaktury geta, czyli japońskich chodaków i dane nam było wykonać dla siebie miniaturowe, śliczne chodaczki (tzn. dostaliśmy już ukształtowane podeszwy, trzeba było tylko przewlec i zawiązać sznurki we właściwy sposób).



Oglądaliśmy również zrekonstruowaną przez archeologów wioskę z okresu yayoi (ok. 500 p.n.e. – 300 n.e.). Tutaj ja z Chinkami przed jedną z chatek.


A to japońskie strachy na wróble (choć one się nazywają „strachy na wrony”, kakashi). Był akurat konkurs na najlepszego, dlatego tak są poustawiane. Najbardziej przeraził mnie ten z głową zrobioną z obciętej głowy lalki, brr... A ten w różowym kubraczku ma twarz narysowaną za pomocą znaków hiragany („no” na oczy, „he” na usta i brwi, „mo” na nos).




Pojechaliśmy na wybrzeże podziwiać widoki, ale ponieważ lało jak z cebra, zobaczyliśmy głównie dużo wody…



Jeszcze tego samego dnia wieczorem, kiedy wróciłam z wycieczki, przyjechali o Nary moi rodzice. Oto fotoreportaż z ich wizyty.



Jelonki zawsze głodne. Trzymaj ziemniaka wysoko, bo wygryzą dziurę w torebce! (i tak się stało…). Ja z Tatisim w drodze do Tōdaiji.



Śpiący Bambi.


Tōdaiji.


Nigatsu-dō (na terenie Tōdaiji).



Kasuga Taisha.


Z prastarym cedrem na terenie świątyni Kasuga.



Królisi z omszałymi latarenkami na drodze prowadzącej do Kasugi.



Nie żałowaliśmy sobie eleganckich potraw. Królisi bał się tej surowej krewetki.



Wspaniałość Złotego Pawilonu (Kinkakuji) w Kioto.



Kamelia w ogrodzie Kinkakuji. Tak nota bene jestem zachwycona szamponem "Tsubaki" (Kamelia) firmy Shiseidō. Jego zapach jest obezwładniająco wspaniały.



Promyk słońca w Kiyomizudera (Kioto).


Oczyszczenie przy smoku (Kiyomizudera).


Królik – posłaniec boga miłości.



Kompleks świątynny Yakushiji (VII w.) (Nara).


Zdobywamy górę Wakakusa…


…z której jest piękny widok na Narę.


A także rośnie mnóstwo traw susuki, które są często występują w Japonii, w związku z czym pojawiają się również w poezji - nadają się do wierszy, nieprawdaż?
Uuf, to by było tyle. Już niebawem zawitam do Warszawy, więc nie spodziewajcie się już wpisów w tym roku.
Wesołych Świąt!

5 gru 2008

Baka-gajdzin eye

Ściąga dla niewtajemniczonych:
* baka – głupi
*gajdzin - obcy

Witajcie, witajcie!
Kiar serdecznie wita fanów starych i nowych, a także wszystkich krewnych i znajomych Królika.

Na wstępie pragnę Was przeprosić za to, że tak długo nie ukazywały się nowe wpisy na blogu. Jest to tylko i wyłącznie moja wina. Po pierwsze, za bardzo absorbowałam moją siostrę, aby mogła w spokoju kilka zdań sklecić. Po drugie błagałam ją, aby pozwoliła mi jednego wpisu na blogu dokonać, a kiedy uzyskałam zgodę, nieoczekiwanie zapadłam na anginę.
Nie przeciągając przechodzę do podzielenia się z Wami moimi refleksjami, odkryciami i wpadkami związanymi z azjatycką cywilizacją.
Jako totalny baka-gajdzin, któremu całkowicie obca jest kultura Japonii, mam parę spostrzeżeń, które zapewne nie dziwią już wytrawnych japońskich wyjadaczy. Jestem zauroczona tym krajem, ale żeby nie spłodzić Wam tutaj Wojny i pokoju, zdecydowałam w swych memoires ograniczyć się do Top Ten Japanese Attractions. A zatem...

1. Superzaawansowane technicznie kible. Z pewnym delikatnym zażenowaniem wyznam, że zostałam pasjonatem kiblowym już po pierwszym spotkaniu z sedesem wyposażonym w pilota i wydającym flashing sound oraz proponującym mi wszelkie możliwe warianty obmycia się i wypachnienia (deo spray!). Nie zapominajmy też o podgrzewanych siedzeniach – absolutny hicior w zimie! J’adore!
Przeczytałam właśnie, że w tokijskiej dzielnicy Ginza znajduje się muzeum toalet. Tam skieruję swe pierwsze kroki, jeśli tylko uda mi się do Japonii powrócić.
Zachwyca mnie też zdystansowanie się Japończyków od tego zapóźnionego cywilizacyjnie zachodu i podzielenie toalet na te western style (czytaj normalne, takie jakie znamy my) i te Japanese style, czyli te „na Małysza”, które zachwalają jako niezwykle higieniczne, gdyż kombinacje alpejskie, które się tam wykonuje uniemożliwiają zetknięcie się cielesne z cudzymi zarazkami.
2. Automaty z napojami. Dostępne prawie na każdej ulicy. Oferujące zarówno napoje zimne jak i gorące. To prawdziwy ratunek w zimie. W dwa tygodnie udało mi się uzależnić od gorącej bawarki.
3. Niefrasobliwe podejście do języka angielskiego. Ujęła mnie tabliczka w sklepie „I’m afraid we don’t exchange money”. Jak również menu pewnej restauracji proponujące nam coca-corę oraz okonomiyaki przetłumaczone jako „Japanese pizza”. Przy tym cherry brossom to już drobnostka.



4. Ordnung muss sein! Czy znacie drugi kraj, w którym ludzie ustawiają się na przystankach autobusowych w kolejce? Kto pierwszy przyszedł na przystanek, pierwszy wsiądzie. Bez przepychanek i bez użycia łokcia. Naprawdę wstrząsające. Nie do pomyślenia w naszej dziczy.
5. Zabytki sakralne – to spostrzeżenie odnosi się przede wszystkim do Nary, w której jest aż osiem zabytków wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Człowiek wychodzi na ulicę i po chwili potyka się o jakąś świątynię, czającą się za rogiem. Robi to wrażenie, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że większość tych świątyń powstała w VII – VIII w. n.e., kiedy to nasi przodkowie przyodziani w skóry niedźwiedzia dziarsko dziczyznę po lasach gonili.




6. Raj skarpetkowy. Czy w ogóle ubraniowy. Odzież w Japonii wcale nie jest taka droga, jak nam to zawsze wmawiano. Wystarczy się rozejrzeć, aby znaleźć jakąś promocję. Ubrania mogą być przecenione nawet o 80% i to wcale nie dlatego, że są wysmarowane szminką, czy dezodorantem, jak w naszej słonecznej ojczyźnie. Co więcej, często sprzedawane są zestawy składające się z bluzki z długim i z krótkim rękawem. Najczęściej te dwie rzeczy kompletnie do siebie nie pasują, ale ponieważ sprzedawane są w zestawie, są o wiele tańsze.
7. Wymyślne narzędzia tortur. Ilość wysiłku, który Japonki wkładają w dbanie o urodę lekko mnie zawstydza i powoduje, że czuję się jak niedomyty Kopciuch. Maszynki do golenia brwi przyjęłam na miękko. Szok mój spowodowała dopiero wiadomość o maszynkach do golenia twarzy! Hai, powtarzam jeszcze raz: GOLENIA TWARZY! Nie zdążyłam jeszcze w pełni dojść do siebie po tym wydarzeniu, kiedy myszkując w drogerii natknęłam się na kolejne wymyślne narzędzie tortur służące do robienia sobie europejskiej powieki. Nie od dziś wiadomo, że Japończycy starają się być bardziej amerykańscy od Brada Pitta. Pewna znajoma japonistka poinformowała mnie nawet, że niektórzy sami o sobie mówią, że są bananami (żółci na zewnątrz i biali w środku), ale to już chyba lekka przesada. Europejska powieka, też coś! Brrr!


8. Chu-hi’e, czyli lekkie, gazowane napoje alkoholowe, promowane jako twój nieodłączny coctail partner. W niezwykle przystępnej cenie 120 jpn. Coś jak breezerki, tylko w puszce i w ogromnej ilości wariantów smakowych: cytrynowy, grapefruitowy, pomarańczowy, pomarańczowy z porzeczką, lychee, zielona herbata, biała brzoskwinia itd. Jedyny minus: trzeba ich wypić chyba z dziesięć, żeby tobą tąpnęło.


9. Ladies only. Wagony w godzinach szczytu przeznaczone wyłącznie dla kobiet, aby uchronić je przed lepkimi łapskami japońskich obmacywaczy. Zszokowało mnie to dlatego, że do tej pory błędnie sądziłam, że Japończycy uprawiają seks tylko w domu pod kołdrą i w kimonie. Wieść o tym, że łapią kobiety za tyłki w środkach komunikacji miejskiej wstrząsnęła mną do głębi. Oczywiście zaraz zaczęłam się rozglądać za jakimś zboczeńcem w ramach doświadczenia kolejnej atrakcji turystycznej, lecz niestety nie dane mi było takowego napotkać.




10. Przyroda. Piękne stawy, kwitnące nawet w grudniu kamelie i wspaniałe momiji (czerwonolistne klony). Zachwyciły mnie puchate sosny w ogrodzie cesarskim i jelonki w najpiękniejszym z japońskich miast.



Jak z powyższego wynika, Japonia podbiła moje serce. Oczywiście było tam parę rzeczy, które mi się nie podobały, jak restrykcyjna segregacja śmieci przy jednoczesnym braku na nie koszy na mieście, brak kaloryferów w akademiku, czy Tokyo Tower (darujcie ją sobie, naprawdę), ale ogólnie, jakby powiedział juror programu rozrywkowego „jestem na tak!”.
Na tym zakończę oddając głos prawowitej właścicielce bloga. Tęsknijcie i bez odbioru.
Kiar

2 gru 2008

Przepraszamy za usterki

Wybaczcie proszę długą nieobecność. Jej przyczyn było kilka: przyjazd rodziców, przyjazd siostry, a na koniec choroba. Kiar zapowiedziała, że chce mieć jeden wpis tylko dla siebie, więc następny będzie należał do niej. A tymczasem wklejam zdjęcie pewnego turysty. Kto zna, ten rozpozna (zarzekałam się, że wkleję to zdjęcie, to wklejam). Enjoy!


15 lis 2008

Wodospady, ryokan i zamek siogunów

Ostanio żyłam tak intensywnie, że aż chyba będę musiała zamieścić moje wrażenia w odcinkach. Będzie dużo zdjęć.
2 XI wybraliśmy się na wycieczkę po wodospadach Akame. Jest to przepiękny park przyrody, w którym żyją gigantyczne salamandry japońskie. Miałam przyjemność (?) zobaczyć kilka z nich w akwariach i są dosyć przerażające. Salamandra jest niejako symbolem tego parku, w związku z czym przy wejściu możemy się natknąć na salamandrową fontannę.




Jeden z piękniejszych wodospadów w Akame.


No i gratka dla wielbicieli mego czaru, oto są moje zdjęcia (oraz Milicy i Toyi).




W dniach 7-8 XI odbyliśmy wycieczkę do Shizuoki. Nocowaliśmy w ryokanie, czyli hotelu w stylu japońskim: futony (kołderki pod spodem i na wierzchu) zamiast łóżek, podłoga wyłożona matami, yukaty (ubranie przypominające kimono, lecz przeznaczone na lato) do spania i chodzenia po hotelu, jedzenie japońskie. No i oczywiście karaoke…

Nasz pokój. Na wieczór przesuwało się stolik i rozkładało futony.






Karaoke.



Chłopaki też dawali czadu.



A także pan Fujimori (opiekun studentów zagranicznych) z Yangiem. W Japonii ludzie nie wstydzą się śpiewać.


Pełni życia, pomimo krótkiego snu: oto my na pierwszym postoju nad jeziorem Hamana.
Odwiedziliśmy także zamek Tokugawów, który może się poszczycić przepięknym ogrodem, przy czym sam również jest wcale urodziwy.








W pięknym ogrodzie nie może zabraknąć długich na łokieć, spasionych, kolorowych karpi. Co ciekawe, Japończycy nie jadają karpi, nawet tych niekolorowych.



Bawiliśmy się tam bardzo dobrze.


Oto makieta zamku. Myślę, że był niezwykle imponujący.
I to koniec na dzisiaj, ciąg dalszy nastąpi…