29 cze 2009

Wizyta

Otóż zaginiona pora deszczowa raczyła się jednak objawić. Naprawdę niemądrze jest teraz wychodzić z domu bez parasola, co niżej podpisana nieopatrznie dziś uczyniła.
Przenieśmy się jednak nieco w czasie, do wizyty znanego większości z Was osobnika, w podczas której słońce świeciło i żar lał się z nieba.
Żelaznym punktem programu jest, rzecz jasna, Wielki Budda.To też w Tōdaiji, pod pawilonem Nigatsudō.


A to atak klonów na Tōdaiji!! Znaczy się, japońskich przedszkolaków.



Kwitnące bonsai



W ogrodach Złotego Pawilonu też byliśmy, a jakże.


Ktoś czytał książkę „Po słowiczej podłodze”? Oto zamek, w której ona się znajduje.


A raczej jest to „wierzbówkowa podłoga”, ale kto by się wdawał w szczegóły. Chodzi o to, że była to rezydencja używana w czasie pobytu w stolicy (ówcześnie Kioto było stolicą) przez założyciela dynastii siogunów Tokugawa – Tokugawy Ieyasu i facet ten był tak sprytny, że kazał skonstruować podłogę, która uniemożliwiała wrogowi zakradnięcie się cichaczem i wymordowanie mieszkańców. Spacerowałam po niej – rzeczywiście śpiewa. Sam zamek także jest wart zobaczenia – w większości japońskich zamków obecnie w środku niewiele można obejrzeć, zaś w zamku Nijō znajdują się pięknie zachowane malowidła na ścianach, rzeźbione zdobienia sufitów, parawany i temu podobne – wszystko skarby narodowe. Sam budynek ma również interesującą budowę: mianowicie diagonalną, spójrzcie na tę mapkę, tak wygląda z góry.



Siogun miał również całkiem niezły ogród.



Byłam w tym zamku po raz pierwszy i jestem zachwycona. Serdecznie polecam tym, co mogą się wybrać.
Jednego dnia trafiliśmy do raju wielbicieli kwiatów, a w szczególności hortensji (po japońsku „ajisai”). Świątynia Yata-dera specjalizuje się w hodowaniu hortensji – tylko i wyłącznie. Cały jej rozległy ogród wypełniony jest najróżniejszymi gatunkami tych kwiatów. Jak wiele świątyń buddyjskich, Yata-dera położona jest w górach i jest tam wielce urokliwie.











Świątynia ta oferuje też inną interesującą rozrywkę; mianowicie na wyspie Sikoku (jedna z czterech największych wysp Japonii) można odbyć wędrówkę po 88 świątyniach. No to przy Yata-derze można tego doświadczyć… w formie skondensowanej. Ścieżka prowadząca pod górę mija 88 posągów bodhisatwy Jizō, z których każdy reprezentuje jedną ze świątyń z Sikoku. Cwane?
W Narze można zażyć rozrywki także pod postacią przejażdżki łodzią po jednym ze stawów. Oto ja, dama z parasolką (strzeż się zdradzieckiego japońskiego słońca!).


Na terenie świątyni Kasuga znajduje się ogród, w którym hoduje się rośliny, które pojawiają się w „Manyōshū” („Dziesięć tysięcy liści”), najsłynniejszym japońskim zbiorze poezji, skompilowanym w VIII w. Niemal każde źdźbło jest tam podpisane – a co więcej, przy wielu wypisany jest wiersz, w którym dana roślina się pojawia.



Jak szaleć, to szaleć. Skusiliśmy się również na rikszę.



A to ja z naszym dzielnym Yoshim – naprawdę go podziwiam, ta praca jest bardzo ciężka. Tym niemniej widuje się również kilka kobiet w szeregach riksiarzy.



Pomimo upału byłam pełna poświęcenia i wspięliśmy się na górę Wakakusa.


Na jej czubku znajduje się pozostałość grobowca-kopca, nazwany przez poetkę Sei Shōnagon w jej „Dzienniku osobistym” jako „Kopiec wierzbówki” (Japończycy ewidentnie lubią tego ptaszka) i od tamtej pory (XI w.) tak się nazywa. Sam kopiec pochodzi z ok. IV w.Na koniec danie dnia: krowi języczek z kukurydzką!




20 cze 2009

Kajam się

Coś mi się zdaje, że mój blog pokrył się ostatnio kurzem, a może nawet rdzą. Kajam się, kajam. Cóż, przez ostatnie dwa tygodnie miałam miłego gościa, w związku z czym czasu na pisanie już nie stało. Zaś przez dwa tygodnie poprzedzające jego przyjazd uwijałam się, by dokończyć pracę zaliczeniową (bo wiedziałam, że w czasie wizyty ani czasu, ani chęci nie stanie). Teraz jednak jestem już znowu samotna, kabel do Internetu mam na wyłączność – więc zabieram się do pracy.
Jeszcze w maju mieliśmy z uniwersytetu wycieczkę do Obamy. Niestety (a może stety) nie do znanego prezydenta. Co nie zmienia faktu, że prezydent ów (nieświadomie, oczywiście) bierze udział w kampanii przeciwko prowadzeniu samochodu po alkoholu.




Obama to miejscowość w prefekturze Fukui, położona nad Morzem Japońskim – i stąd jej nazwa, bo „Obama” znaczy „Małe Wybrzeże”. Wycieczka obejmowała wizytę w świątyni, wytwórni pałeczek (każdy dostał po parze lakowanych wielowarstwowo pałeczek i mógł je ozdobić zdzierając niektóre warstwy kolorowej laki na obracającym się kole) i pływanie promem po skalistym wybrzeżu.



Pewnej niedzieli wybrałam się z Milicą na koniec świata – czyli do akademika Uniwersytetu Osakijskiego (Osaczańskiego?), gdzie mieszka wielu naszych znajomych. Problem polega na tym, że akademik ten nie znajduje się w Osace, tylko w mieście pod Osaką, zwanym Minoo. Najpierw wybraliśmy się, by podziwiać wodospad w Minoo – jak się potem dowiedziałam, stworzony sztucznie, na potrzeby turystyki, ale nie zmienia to faktu, że jest tam bardzo urokliwie.



Maskotką Nary jest jelonek, zaś maskotką Minoo – małpa. Oto znak ostrzegający przed strącanymi przez małpy kamieniami.



Nie pytajcie, co robi krasnal ogrodowy z „Królewny Śnieżki” w japońskiej kapliczce. Nie pytajcie…


W pierwszym tygodniu czerwca miała nastać pora deszczowa, a zamiast tego nastały słoneczne i straszliwie upalne dni. W ciągu ostatnich dwóch tygodni padało… raz. Cóż, zobaczymy, co przyniesie nam tajemniczy, japoński klimat.
To tyle na dziś, by nieco rozbudzić Wasze uśpione apetyty oraz oszczędzić trochę mych sił przed relacją z pobytu mojego narzeczonego.
Danie dnia: sashimi z wieloryba oraz małża na surowo, ach…