…ponieważ mam sesję. I dlatego (a nie tylko z lenistwa!) nic nie piszę. W sumie tak dużo to się u mnie nie dzieje. Byłam w pałacu cesarskim w Kioto, ale nie był za szczególnie ciekawy, bo nie wpuszczają do środka. Podobały mi się krokwie jednego budynku (bo to jest cały wielki kompleks budynków).
Podoba mi się też sposób, w jaki się określa pałac cesarski; jest to „gosho”, czyli „szanowne miejsce” – i wszystko jasne!
Byłam też na jednym z najsłynniejszych festiwali w Kioto, Gion Matsuri. To trochę jak nasz odpust, tylko na dużo większą skalę (można kupić mnóstwo „odpustowych” drobiazgów, kupić napoje trzymane w lodzie, przepyszne mięska na patyku, postrzelać z wiatrówki, by zdobyć nagrody, wyłowić złote rybki…), no i najpiękniej wygląda to nocą i zewsząd dochodzi festiwalowa muzyka (w miejscach, które są oddalone od samego festiwalu, właściciele sklepów wystawiają na zewnątrz radioodbiorniki, z których także sączy się muzyka!). Ustawiają też wielkie konstrukcje – wozy z lampionami.
Odwiedziłam również dawną rezydencję Shigi Naoyi – pisarza z pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Rezydencja ta znajduje się niemal na tyłach naszego akademika, więc głupio by było tam nie wpaść. Wybrałam się więc z Milicą. Dom ten przekształcony jest obecnie w muzeum, ale takie nie przepełnione zwiedzającymi, pozostawia bardzo miłe, spokojne wrażenie.