28 lip 2009

Uczę się pilnie wieczory i ranki...

…ponieważ mam sesję. I dlatego (a nie tylko z lenistwa!) nic nie piszę. W sumie tak dużo to się u mnie nie dzieje. Byłam w pałacu cesarskim w Kioto, ale nie był za szczególnie ciekawy, bo nie wpuszczają do środka. Podobały mi się krokwie jednego budynku (bo to jest cały wielki kompleks budynków).




Podoba mi się też sposób, w jaki się określa pałac cesarski; jest to „gosho”, czyli „szanowne miejsce” – i wszystko jasne!
Byłam też na jednym z najsłynniejszych festiwali w Kioto, Gion Matsuri. To trochę jak nasz odpust, tylko na dużo większą skalę (można kupić mnóstwo „odpustowych” drobiazgów, kupić napoje trzymane w lodzie, przepyszne mięska na patyku, postrzelać z wiatrówki, by zdobyć nagrody, wyłowić złote rybki…), no i najpiękniej wygląda to nocą i zewsząd dochodzi festiwalowa muzyka (w miejscach, które są oddalone od samego festiwalu, właściciele sklepów wystawiają na zewnątrz radioodbiorniki, z których także sączy się muzyka!). Ustawiają też wielkie konstrukcje – wozy z lampionami.




Odwiedziłam również dawną rezydencję Shigi Naoyi – pisarza z pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Rezydencja ta znajduje się niemal na tyłach naszego akademika, więc głupio by było tam nie wpaść. Wybrałam się więc z Milicą. Dom ten przekształcony jest obecnie w muzeum, ale takie nie przepełnione zwiedzającymi, pozostawia bardzo miłe, spokojne wrażenie.




A tak poza tym to cykady się drą. Straszliwie.

11 lip 2009

Letni Festiwal

Niedawno (7 VII) było święto Tanabaty, na które stroi się bambusowe drzewka i zawiesza na nich karteczki z prośbami. Ozdoby na tych drzewkach do złudzenia przypominały mi nasze ozdoby choinkowe… Mam na myśli oczywiście wycinanki i łańcuchy z kolorowego papieru, nie bombki.






Wczoraj na uniwersytecie mieliśmy Festiwal Lata, z okazji którego większość dziewczyn przywdziała yukaty (letnia wersja kimona), miały miejsce różne konkursy, koncerty i oczywiście można było zjeść to i owo. Kupiłam sobie yukatę niedawno i Eriko mnie raz dwa w nią ubrała (takie miała zadanie na początku: ubierała koleżanki, bo nie każda Japonka potrafi to teraz zrobić tak łatwo). Na zdjęciach możecie zobaczyć efekt jej pracy.






To ja z wodnym balonikiem – trzeba je było wyławiać z wody haczykiem na papierowej nitce, co nie jest takie proste, bo – rzecz jasna – papierowa nitka w wodzie się rwie…


PS. Gorąco tu!!