W sobotę wybraliśmy się na wycieczkę po najbardziej znanych zabytkach Nary. Oczywiście wszystko było starannie zaplanowane, dostaliśmy zawczasu szczegółowy plan wycieczki, a w sobotę jeszcze jeden, z opisem miejsc, do których się wybierzemy. Każdy dostał identyfikator, informujący o tym, że należy do naszej wycieczki. Dobrze, że nie kazali nam nosić jakichś upiornych czapeczek. Kiedy czekaliśmy na miejscu zbiórki, widzieliśmy japońską wycieczkę z flagą i właśnie w czapeczkach… Jak nam wyjaśnił profesor Tongū na wykładzie z historii kultury Japonii, Japończycy flagą oznaczają swoje terytorium i w ten sposób odgradzają się od nieprzyjaznego świata zewnętrznego. I dlatego mogą bezpiecznie jeździć na wycieczki zagraniczne, do krajów białych diabłów, haha.
Najpierw chciałam pokazać drzewo, które co prawda już przekwitło, ale kiedy tu przyjechałam, było w pełni rozkwitu i pachniało pod moim balkonem. Jest to kinmokusei, czyli pachnąca oliwka. Nie jada się jej owoców, pełni funkcję raczej dekoracyjną i roztacza wokół niezwykły, słodki aromat.
Najpierw chciałam pokazać drzewo, które co prawda już przekwitło, ale kiedy tu przyjechałam, było w pełni rozkwitu i pachniało pod moim balkonem. Jest to kinmokusei, czyli pachnąca oliwka. Nie jada się jej owoców, pełni funkcję raczej dekoracyjną i roztacza wokół niezwykły, słodki aromat.
Na początku wycieczki przespacerowaliśmy się do Tōdaiji, czyli domu Wielkiego Buddy z Nary. Jako że byliśmy wycieczką wyjątkową, wpuszczono nas specjalnym bocznym wejściem, skąd był piękny widok na główną świątynię.
Nie mogłam się oprzeć. W Japonii naprawdę wszystkie dzieciaki w wieku szkolnym noszą mundurki… Na tym zdjęciu licealiści.
A tutaj podstawówka w przerażających, żółtych czapeczkach.
Zdjęcie Wielkiego Buddy nieco niewyraźne, bo można go fotografować tylko z pewnego oddalenia. Potem, gdy wchodzi się na podest (zmieniwszy buty na kapciuszki), z którego widać dużo lepiej, jest już zakaz robienia zdjęć. Ten Budda jest naprawdę WIELKI… Robi wrażenie, zwłaszcza, gdy się na niego patrzy en face. Pochodzi z VIII w., jest największym brązowym posągiem Buddy na świecie, a skrywająca go Tōdaiji jest największym drewnianym budynkiem, choć kiedyś była o jedną trzecią większa! Przebudowywano ją kilkakrotnie i obecny wygląd nadano jej na początku wieku XVIII. Posąg też nie przetrwał w niezmienionej postaci, głowa jest nieco nowsza od reszty figury.
Słyszałam głosy nalegające na to, bym zamieszczała również zdjęcia swojej skromnej osoby, więc oto jestem, u stóp Wielkiego Buddy.
Tutaj świątynia Tōdaiji od frontu.
Ja i Thao przy stawiku na terenie Tōdaiji.
Po obejrzeniu Tōdaiji, która jest oczywiście świątynią buddyjską, wybraliśmy się do świątyni sintoistycznej, Kasuga, również pochodzącej z VIII wieku. Wybudowano ją, gdy powstawała Nara, nowa stolica. To tutaj byłam na ceremonii obcinania jelenich rogów. Na zdjęciu: łania i byk pod napisami: Kasuga-sha („Świątynia Kasuga”).
Po Tōdaiji oprowadzał nas mnich buddyjski (ale jakoś obiektyw mego aparatu go nie uchwycił), a po Kasudze kapłan sintoistyczny. Mówił do nas przez megafon, nie mogłam się powstrzymać, żeby mu nie pstryknąć fotki!
Po wejściu na teren świątyni należy się oczyścić wodą, która cieknie z pyszczka jelenia trzymającego zwój w zębach. Należy czerpakiem nabrać wody, obmyć lewą dłoń, następnie prawą, potem do lewej nalać trochę wody i nabrać jej do ust, żeby je wypłukać. Na koniec trzymamy przez chwilę czerpak pionowo, by resztka wody obmyła samo narzędzie, po czym odkładamy.
I już możemy wchodzić.
Na terenie Kasuga Taisha znajduje się mnóstwo mniejszych świątynek oraz budynków, które od dawien dawna zaopatrywały świątynię. Ponieważ bóstwom ofiarowuje się jedzenie i alkohol, musiała być również gorzelnia, gdzie pędzono świętą sake.
Wygląda tak.
Po zwiedzeniu świątyni Kasuga pojechaliśmy autokarem do Yagyū, gdzie od wieków praktykuje się sztukę walki mieczem. Był nawet pokaz.
Po zwiedzeniu świątyni Kasuga pojechaliśmy autokarem do Yagyū, gdzie od wieków praktykuje się sztukę walki mieczem. Był nawet pokaz.
Lunch jedliśmy w pięknie położonym, ustronnym miejscu, nieopodal lasu. Było trochę czasu, więc część z nas poszła sobie na krótki spacerek. Wówczas zobaczyłam tę tablicę z dzielnymi strażakami ostrzegającymi przed pożarem (zdaje się, że miś i zajączek):
Zdjęcie to dedykuję Tatisiemu (i Króliczkowi, bo w końcu też jest na tym zdjęciu...).
Danie Dnia. Po wycieczce część z nas poszła do lokalu zwanego „kaiten zushi”, czyli „krążące sushi”. Pewnie słyszeliście o takich restauracjach, gdzie sushi jeździ na talerzykach, poustawiane na ruchomej taśmie. Było pyycha.
W niedzielę natomiast mieliśmy „Halloween Party”. Co prawda z Halloween niewiele miało ono wspólnego, ale Japończycy wyznają zasadę, że każda okazja do świętowania jest dobra. Prawie każdy przygotował jakieś pyszne papu i była to prawdziwa uczta! Ja z Milicą przygotowałam serbski deser. Potem stwierdziłyśmy, że musimy kiedyś ugotować cały garnek tylko dla siebie, bo jest to przepyszne.
Halloween+party.JPG)
Halloween+party3.JPG)
Moi najbliżsi znajomi. Od lewej: Parwin (Azerbejdżan), Toya (Mongolia), Milica (Serbia) oraz Simon (Niemcy).
Na koniec apel do osób, które czytają, ale kryją się w cieniu: proszę, wpisujcie się czasami, żebym wiedziała, że czytacie. Tęsknię za Wami, a jeśli nie piszecie, to skąd mogę wiedzieć, że odwiedzacie mój blog? Bardzo proszę chociaż o dwa słowa, będzie mi bardzo przyjemnie.