27 paź 2008

Rajd po Narze

W sobotę wybraliśmy się na wycieczkę po najbardziej znanych zabytkach Nary. Oczywiście wszystko było starannie zaplanowane, dostaliśmy zawczasu szczegółowy plan wycieczki, a w sobotę jeszcze jeden, z opisem miejsc, do których się wybierzemy. Każdy dostał identyfikator, informujący o tym, że należy do naszej wycieczki. Dobrze, że nie kazali nam nosić jakichś upiornych czapeczek. Kiedy czekaliśmy na miejscu zbiórki, widzieliśmy japońską wycieczkę z flagą i właśnie w czapeczkach… Jak nam wyjaśnił profesor Tongū na wykładzie z historii kultury Japonii, Japończycy flagą oznaczają swoje terytorium i w ten sposób odgradzają się od nieprzyjaznego świata zewnętrznego. I dlatego mogą bezpiecznie jeździć na wycieczki zagraniczne, do krajów białych diabłów, haha.
Najpierw chciałam pokazać drzewo, które co prawda już przekwitło, ale kiedy tu przyjechałam, było w pełni rozkwitu i pachniało pod moim balkonem. Jest to kinmokusei, czyli pachnąca oliwka. Nie jada się jej owoców, pełni funkcję raczej dekoracyjną i roztacza wokół niezwykły, słodki aromat.


Na początku wycieczki przespacerowaliśmy się do Tōdaiji, czyli domu Wielkiego Buddy z Nary. Jako że byliśmy wycieczką wyjątkową, wpuszczono nas specjalnym bocznym wejściem, skąd był piękny widok na główną świątynię.




Nie mogłam się oprzeć. W Japonii naprawdę wszystkie dzieciaki w wieku szkolnym noszą mundurki… Na tym zdjęciu licealiści.


A tutaj podstawówka w przerażających, żółtych czapeczkach.



Zdjęcie Wielkiego Buddy nieco niewyraźne, bo można go fotografować tylko z pewnego oddalenia. Potem, gdy wchodzi się na podest (zmieniwszy buty na kapciuszki), z którego widać dużo lepiej, jest już zakaz robienia zdjęć. Ten Budda jest naprawdę WIELKI… Robi wrażenie, zwłaszcza, gdy się na niego patrzy en face. Pochodzi z VIII w., jest największym brązowym posągiem Buddy na świecie, a skrywająca go Tōdaiji jest największym drewnianym budynkiem, choć kiedyś była o jedną trzecią większa! Przebudowywano ją kilkakrotnie i obecny wygląd nadano jej na początku wieku XVIII. Posąg też nie przetrwał w niezmienionej postaci, głowa jest nieco nowsza od reszty figury.


Słyszałam głosy nalegające na to, bym zamieszczała również zdjęcia swojej skromnej osoby, więc oto jestem, u stóp Wielkiego Buddy.



Tutaj świątynia Tōdaiji od frontu.



Ja i Thao przy stawiku na terenie Tōdaiji.



To zdjęcie dedykuję Kiar, bo wiem, jak kocha drób.
Po obejrzeniu Tōdaiji, która jest oczywiście świątynią buddyjską, wybraliśmy się do świątyni sintoistycznej, Kasuga, również pochodzącej z VIII wieku. Wybudowano ją, gdy powstawała Nara, nowa stolica. To tutaj byłam na ceremonii obcinania jelenich rogów. Na zdjęciu: łania i byk pod napisami: Kasuga-sha („Świątynia Kasuga”).



Po Tōdaiji oprowadzał nas mnich buddyjski (ale jakoś obiektyw mego aparatu go nie uchwycił), a po Kasudze kapłan sintoistyczny. Mówił do nas przez megafon, nie mogłam się powstrzymać, żeby mu nie pstryknąć fotki!



Po wejściu na teren świątyni należy się oczyścić wodą, która cieknie z pyszczka jelenia trzymającego zwój w zębach. Należy czerpakiem nabrać wody, obmyć lewą dłoń, następnie prawą, potem do lewej nalać trochę wody i nabrać jej do ust, żeby je wypłukać. Na koniec trzymamy przez chwilę czerpak pionowo, by resztka wody obmyła samo narzędzie, po czym odkładamy.


I już możemy wchodzić.


Na terenie Kasuga Taisha znajduje się mnóstwo mniejszych świątynek oraz budynków, które od dawien dawna zaopatrywały świątynię. Ponieważ bóstwom ofiarowuje się jedzenie i alkohol, musiała być również gorzelnia, gdzie pędzono świętą sake.


Wygląda tak.

Po zwiedzeniu świątyni Kasuga pojechaliśmy autokarem do Yagyū, gdzie od wieków praktykuje się sztukę walki mieczem. Był nawet pokaz.


Lunch jedliśmy w pięknie położonym, ustronnym miejscu, nieopodal lasu. Było trochę czasu, więc część z nas poszła sobie na krótki spacerek. Wówczas zobaczyłam tę tablicę z dzielnymi strażakami ostrzegającymi przed pożarem (zdaje się, że miś i zajączek):



Zdjęcie to dedykuję Tatisiemu (i Króliczkowi, bo w końcu też jest na tym zdjęciu...).



Danie Dnia. Po wycieczce część z nas poszła do lokalu zwanego „kaiten zushi”, czyli „krążące sushi”. Pewnie słyszeliście o takich restauracjach, gdzie sushi jeździ na talerzykach, poustawiane na ruchomej taśmie. Było pyycha.



No i ja na tle jeżdżącego pokarmu.
W niedzielę natomiast mieliśmy „Halloween Party”. Co prawda z Halloween niewiele miało ono wspólnego, ale Japończycy wyznają zasadę, że każda okazja do świętowania jest dobra. Prawie każdy przygotował jakieś pyszne papu i była to prawdziwa uczta! Ja z Milicą przygotowałam serbski deser. Potem stwierdziłyśmy, że musimy kiedyś ugotować cały garnek tylko dla siebie, bo jest to przepyszne.




Moi najbliżsi znajomi. Od lewej: Parwin (Azerbejdżan), Toya (Mongolia), Milica (Serbia) oraz Simon (Niemcy).
Na koniec apel do osób, które czytają, ale kryją się w cieniu: proszę, wpisujcie się czasami, żebym wiedziała, że czytacie. Tęsknię za Wami, a jeśli nie piszecie, to skąd mogę wiedzieć, że odwiedzacie mój blog? Bardzo proszę chociaż o dwa słowa, będzie mi bardzo przyjemnie.

18 paź 2008

Brońmy naszych granic!

Wczoraj osobiście się przekonałam, że prawdą jest, iż Japończycy żywią wręcz obsesyjny lęk przed obcym. Czy wyobrażacie sobie hotel, w którym odmawia się przyjmowania cudzoziemców nie mówiących po japońsku, podając jako przyczynę „bo się nie będzie można porozumieć”? Pomimo tego, że rdzenny Japończyk obiecuje, że będzie obecny przy zakwaterowaniu i będzie tłumaczyć? Cóż, tutaj to wcale nie rzadkość. Doświadczyłam tego wczoraj próbując zarezerwować hotel dla moich rodziców. Pomagała mi w tym (raczej niemal zastępowała) nieoceniona Eriko, moja tutorka, osóbka bardzo przedsiębiorcza. Jakie są prawdziwe przyczyny niechęci do zarabiania na zagranicznych turystach – trudno stwierdzić. Ale coś mi się zdaje, że to po prostu ze strachu. Jeszcze ten przerażający biały w przypływie zagranicznego szału zdewastuje nam pokój i co wtedy? Albo nocą zakradnie się i popodrzyna nam gardła? Aaaa!!
Już na samym początku przekonałam się, że o ile dla Rumunów, Serbów czy Rosjan moje imię nie stanowi najmniejszego problemu, o tyle dla Azjatów jest wyjątkowo trudne do zapamiętania, a także wymówienia. Najgorzej jest chyba u Wietnamczyków, bo Thao ciągle niechcący przerabia mnie na „Makurę”, czyli „poduszkę”… Kiedy przedstawiłam się Yangowi, stwierdził, że to imię jest nie do zapamiętania i że dużo bardziej podoba mu się drugi jego człon, czyli „Lena”, więc tak mnie nazywa. Nawet znaki pod to imię podstawił. Dlatego też zwykle nowopoznanym Japończykom przedstawiam się już jako „Lena” („Rena”), co jest dla nich o tyle łatwe, że istnieje identyczne imię japońskie. Coś podejrzewam, że kiedy moja siostra przyjedzie, będę ją przedstawiać jako „Lina” („Rina”), zamiast Karolina… Takie imię japońskie też istnieje. To będzie nawet zabawne: Lena i Lina.
Czas na dzisiejszą porcję zdjęć.



Jeśli pójść nieco w głąb tej ulicy, dojdzie się do mojego akademika. Jak widać, jest tam chodnik, nawet z dwóch stron. Nie jest to jednak regułą w Narze i często w drodze na uniwerek żyję w stresie, że mnie zaraz coś przejedzie.


Nie dziwcie się widząc tu swastyki. W Japonii nie mają one żadnego związku z Hitlerem i budzą tylko pozytywne uczucia. Oto mała kapliczka, jakich wiele w okolicy. Bóstwom ofiarowuje się jedzenie i picie.


Posążek Jizō, czyli bożka opiekującego się zmarłymi dziećmi. Zawsze ma założone jakieś ubranko. Te figurki także spotyka się często.

Wytwórnia mochi (czyli ciastek z masy ryżowej) nieopodal Stawu Sarusawa. Jest dosyć słynna i przyjeżdżają tam znane w Japonii osoby (np. aktorzy z seriali albo piosenkarze). Na zdjęciu panowie są w trakcie ubijania ryżu. Robią to tylko trzy razy dziennie przed publicznością, a my z Milicą już dwukrotnie miałyśmy okazję trafić na ten moment. Eriko mówi, że jej się tylko raz udało. Zdjęcie niestety nie oddaje niezwykłości sytuacji. Otóż walenie w tę ryżową masę odbywa się bardzo szybko. Jeden pan wali, a po każdym uderzeniu drugi przewraca ciasto na drugą stronę. Można się domyślić, że przy braku wprawy można dostać tym drewnianym młociskiem po łapach. Dodatkowo panowie wydają przy tym bojowe okrzyki, więc jest na co popatrzeć.


Kolejny dowód na to, że jelenie nie wyparły wszystkich zwierząt z Nary. Oto czapla siwa na tle Stawu Sarusawa.


Pływa w nim też dużo żółwików.



Ponieważ doszły mnie słuchy, że swoimi wpisami zbytnio pobudzam apetyty, tym razem zamiast Dania Dnia – Gadżet Dnia. Taki ręczniczek dostałam, kiedy załatwiałam sobie komórkę w sieci SoftBank.

12 paź 2008

Osoby wrażliwe prosimy o nieczytanie

Będzie o przycinaniu różków. Byłam dzisiaj w świątyni Kasuga, gdzie ceremonialnie obcina się rogi jeleniom. Trochę się przy tym biedaki męczą, ale ostatecznie nie dzieje im się krzywda, a za to mogą w mieście współżyć z ludźmi. Tutaj wszyscy je kochają i dokarmiają. Ponieważ jest to bardzo tradycyjna ceremonia, biorący w niej udział mężczyźni nie zakładają żadnych ochraniaczy, tylko tradycyjne stroje. Jest to dosyć niebezpieczne, bo jeleń potrafi nie tylko bodnąć rogami, ale kop też ma niezły.
Jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda, zapraszam do mojej fotostory. A, jedno mi się przypomniało. Poszłam na tę ceremonię wraz z grupą znajomych mojej tutorki, Eriko i miejscem spotkania był placyk pod stacją Nara Kintetsu. Kiedy tam czekałam, zobaczyłam bardzo znajomy obrazek…





Tak, tacy sami jak pod warszawskim metrem! A Milica mówi, że w Serbii też są tacy sami. Nie mogłam się powstrzymać od zrobienia zdjęcia.




Przed wejściem na teren świątyni pozdrawiał wszystkich wielki pluszowy jeleń i zbierał datki przeznaczone na swoich nieco dzikszych braci.


A teraz opowieść w obrazkach, jak wygląda ceremonia przycinania rogów.





Na „arenę” wpuszcza się trzy jelenie.





Jeden z panów zagania jelenia do swoich kolegów z chorągiewkami na kiju, którzy tworzą szpaler. Pokrzykując na jelenia, prowadzą go do tych, którzy trzymają pętle zakładane na drewniany krzyżak…




...który tak wygląda.



Jeśli się uda, jelenie rogi wypychają krzyżak i zostają schwytane w pętlę (czasami trzeba robić rundę po trzy, cztery razy, bo nie udaje się złapać rogów). Pozostałe dwa jelenie są póki co odgradzane białoczerwoną płachtą.




Złapanego jelenia ciągnie się do palika, przy którym się go przytrzymuje tak, że można go bezpiecznie złapać.




Następnie niesie się go do posłania z poduszeczką.




Poi się odrobiną wody, żeby się trochę uspokoił.




No i tnie.




Prezentacja rogów.




Danie Dnia: maguro don. To czerwone to tuńczyk, na wierzchu ma jajko, a pod spodem prażone glony (nori) i ryżyk. Obok kiszonki oraz miseczka z zupą miso. Było pycha! A, za herbatę się nie płaci.

Wieczorem zaś dziewczyny (Thao i Cham) zrobiły wietnamskie jedzenie i razem zawijałyśmy krokiety. Też było pysznie.

11 paź 2008

Spacer po Narze

Dzisiaj jest sobota, więc wczesnym popołudniem wyruszyłam z koleżanką na zakupy do „Hyakka ten”, czyli sklepu „Wszystko za 100 jenów”. Przy okazji przespacerowałyśmy się po Parku Nara, który jest niesamowity, co sami będziecie mogli ocenić oglądając zdjęcia. Bo dużo zdjęć dzisiaj będzie.
Najpierw chciałam pokazać trochę widoczków z okolic mego akademika.


To widok z okna pralni akademika południowego.


Żeby nie było, że tylko jelenie są w Narze, oto zdjęcie akademikowego kota.



Tak wyglądają okolice akademika.





Nasza droga do cywilizacji. W środku miasta znajduje się niezły kawałek lasu!

I znowu jelonki. Oprócz nich zaobserwowałam też GIGANTYCZNE pająki, które mają inny kształt niż te nasze (mają podłużne odwłoki), ale ich reporter nie zarejestrował, gdyż nie śmiał się zbliżyć do tych paskudztw.


Ten ciemny to samiec, tylko ma przycięte różki. Kiedy raz po zmroku wracałam do akademika, spotkałam jednego prawdziwego rogacza…



Dużo sarnich zadków.



Jak widać są oswojone i podchodzą bardzo blisko, zwłaszcza, gdy podejrzewają, że trzymasz w dłoni „jeleniego krakersa”.



Czy nie mówiłam, że w Narze jelonki są naprawdę WSZĘDZIE…?



Jelonek w drodze do stoiska z „jelenimi krakersami” – jelonkowa rozkosz za 150 jenów. Niestety, muszą polegać na ludziach, że im kupią i poczęstują. „Jelenie krakersy” wymyślono też po to, by nie karmić zwierzątek byle czym.



Nie mogłam się powstrzymać przed sfotografowaniem. Oto tablica ostrzegająca, żeby nie rzucać śmieci na ziemię, bo biedny jelonek może zjeść i się pochorować. Nie też ich drażnić, bo mogą się wkurzyć i będzie źle. Japońskie obrazki są rozbrajające, czyż nie?






Po prostu sielanka.