15 mar 2009

Rzut beretem

Tak to już jakoś jest, że do miejsc, które są najbliżej, jakoś najtrudniej nam dotrzeć. No bo przecież zawsze możemy tam pójść. I w taki oto sposób udałyśmy się z Milicą do pobliskiego Shinyakushiji po blisko pół roku mieszkania niemal w jego sąsiedztwie. Po drodze spotkałyśmy na jednym dachu tego oto tłuścioszka (podejrzewam, że to bóg Ebisu) i nie mogłyśmy się powstrzymać przed uwiecznieniem go.


Shinyakushiji to świątynia buddyjska założona w VIII w. przez cesarzową Kōmyō, i nazwana „Nowym Yakushiji”, w odniesieniu do świątyni Yakushiji, w której byłam z rodzicami. Jest to urocze miejsce, z którego wspaniałości niewiele zostało, gdyż na przestrzeni wieków szalały tam pożary i tajfuny.




Oto główny przybytek, w którym znajduje się posąg Buddy Leczącego oraz dwunastu glinianych, strzegących go generałów o fantastycznych fryzurach (niestety nie można robić tam zdjęć), po jednym na każdy znak chińskiego zodiaku. Obejrzałyśmy film, w którym postarano się odtworzyć pierwotny wygląd generałów i efekt zapiera dech w piersiach. Musieli być naprawdę wspaniali.


Kapliczka sintoistyczna podczepiona pod świątynię buddyjską to standard.


W dodatku wygląda na to, że to kapliczka poświęcona zakochanym.



Jest też smok, pod którego czujnym okiem należałoby się obmyć przed wejściem, tylko trochę studzienka mu wyschła…



Wesołe płazy zbierające ofiary.








A teraz ogłoszenie nie-drobne, otóż korzystając z wakacji postanowiłam wyciągnąć swoje macki poza Wyspy i udać się w towarzystwie koleżanek na kilkudniową wycieczkę do Korei. Oczekujcie relacji!

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Oczekujemy!

Anonimowy pisze...

zazdroszczę przygody!

Magdalena W. pisze...

Kto mi zazdrosci? :) Prosze sie przyznac!